Patronat branży: IBM Polska Sp. z o.o.

Czarne chmury nad Dream Theater

02.06.2009 09:47
(dygresja)
Dawno, dawno temu, w mieście Krakowie była sobie „upiorna fabryczka obrazów papy Kossaka”. Jerzy (wnuk słynnego Wojciecha), człek bystry, wychowany w Ameryce podrzędny malarzyna, postanowił odpowiedzieć na zapotrzebowanie rynkowe i sprzedawał naiwniakom „Kossaka”. Spod sztancy, byle jak kopiowane, jeszcze mokre od farb i werniksu wypływały w świat obrazki w formacie znormalizowanym 50x50 cm, będące karykaturalnym wynaturzeniem dzieł wielkiego Wojciecha. Interes kwitł, kasa wpływała na konto – wszyscy zadowoleni. Kasa - Misiu - Kasa.


Ad meritum:

Mike Portnoy i kompania zasmakowali gwiazdorstwa, sławy. Dobrze – trzeba się cieszyć, że są nie tylko gwiazdami w obrębie gatunku. Rozpoznawalność marki Teatru Marzeń jest bardzo wysoka – kojarzą już ją nie tylko sympatycy gatunku, ale fani rocka po prostu. Tak – w chwili obecnej Dream Theater to gwiazda wielkich hal koncertowych, letnich festiwali i objazdowego cyrku o nazwie Progressive Nation. Zespół zamienił się w dobrze prosperujące i świetnie zarządzane przez Mike’a Portnoya muzyczne przedsiębiorstwo. Cykl produkcyjny – płyta - trasa - dvd/album koncertowy to może i fajnie rozpisany proces, ale ta „stałość” i przewidywalność procesu niestety może nieść ze sobą obniżenie potencjału. Zresztą – nieważne. Ich biznes – ich kasa. Do kieszeni nie zaglądam.

Jedenasty (wliczając EP A change of Seasons) album Dream Theater powędrował do odtwarzacza.


Sześć utworów, ponad 70 minut muzycznego materiału. I taka refleksja na początek: Jak wiadomo, najlepsze utwory to te, które znamy. Tak jest w przypadku Black Clouds and Silver Lining. Okładka z tych ulubionych, klasycznie „drimowych”. Żadnych mrówek, czy innych insektów nie uświadczysz słuchaczu. Powrót do estetyki znanej chociażby z Awake, Images and Words, czy A Change of Seasons. Hugh Syme odwalił kawał niezłej roboty. Muzycznie? Cóż, czego wymagać od zespołu, który od blisko dwudziestu lat gości w naszych odtwarzaczach, płytotekach, o którego muzyczne dokonania wciąż się „czule” kłócimy. Nie wymagam od Teatru Marzen definiowania gatunku na nowo, wymyślania progmetalowego prochu. Pomnik postawili sobie już dawno. Z drugiej strony chyba zbyt wiele od „Drimów” wymagamy (a przynajmniej część z nas). A kiedy dostajemy „piosenki”, które dobrze znamy, zaczynamy psioczyć i narzekać, że: ilość muzycznych autocytatów przekracza wszystkie normy przyzwoitości, że znamy już na pamięć konwencje: klawiszowych szaleństw Rudessa (czytaj popisów coraz to nowszymi klawiszowymi zabawkami), gitarowych, niekończących się solówek Petrucciego i plastikowego brzmienia perkusji Mika Portnoya. Marudzimy pod nosem, wspominamy o zżeraniu własnego muzycznego ogona, w dodatku popitego rozwodnionym chianti nieudanych muzycznych pomysłów.

Utwór nr 1

Album zaczyna się dziwnie: klawiszowy „chór”, posępne sabbathowe riffy, perkusyjne blasty. Zaraz, czy to aby Dream Theater.? Horrorowato-upiorna introdukcja może przypominać wyczyny pomalowanej blackowo-kabaretowej braci (np.: Cradle of Filth, czy inne Dimmu Borgir), a nie szlachetne brzmienie Szwedów z Opeth. A Nightmare to Remember. Koszmar, który mamy zapamiętać. Napisałabym przewrotnie, że jest to muzyczny koszmarek, o którym lepiej może zapomnieć. W tej blisko 15-minutowej kompozycji znajdziemy paradoksalnie wszystko, co najlepsze i najgorsze w Dream Theater. Najgorszy jest brak umiaru i wyjałowienie z pomysłu na utwór. Miało straszyć, a śmieszy (wybaczcie autorce, ale growlujący Portnoy wypadł po prostu żenująco, karykaturalnie i…śmiesznie zarazem). Jeśli to miałby być ten świeży powiew w muzyce Dream Theater, o którym wspominał perkusista, to parafrazując słowa ojca Dyrektora mamy do czynienia z produktem lekko nieświeżym i zalatującym szambem. A najlepsze? Tylko techniczna biegłość, za którą nie idzie niestety nic. Puste, zbędne nuty. Jestem na nie – brnę jednak dalej.

Utwór nr 2

O singlowym A Rite of Passage napisałam już sporo. Odsyłam zatem do recenzji zamieszczonej w serwisie i obejrzenie teledysku. Refleksja jest następująca. Wiele brakuje „Rytowi Przejścia” do stania się stadionowym klasykiem (takim chociażby, jak Forsaken z Systematic Chaos – które ma w sobie to „coś”). Podsumowując – A Rite of Passage to najsłabszy utwór na albumie.

Utwór nr 3

Wither to uroczy, nośny drobiażdżek, z kaskadową, mogąca się podobać solówką Johna Petrucciego. Utwór traktuje o tym, jak ciężki żywot ma autor, który cierpi na blokadę twórczą. Przepięknie został zaśpiewany przez Jamesa LaBrie. Moim zdaniem śpiew „Serka” jest najmocniejszym elementem, nie tylko Wither, ale całego albumu. Fantastyczne są te niskie i średnie rejestry w wokalach Jamesa. O dziwo (a może na szczęście) mało jest „górek” oraz operowania wokalem w wysokich rejestrach. Za to LaBrie wydobył z siebie emocje. Interpretuje teksty w taki sposób, że mrowi. Jaki jest jego śpiew? Delikatny, wręcz „aksamitny”. Przyznać i docenić należy, że praca z nowym wokalnym tutorem przyniosła naprawdę porażające efekty. James przy współpracy z coachem osiągnął nowe możliwości, otworzył swój wokal na emocje. Śpiewa bardzo uczuciowo, mniej technicznie. BC & SL to album Jamesa LaBrie. A Wither? Cóż to muzyczne alter ego znanego z Train of Though Vacant. Niby mała rzecz, a jednak cieszy, bowiem dwa pierwsze utwory były po prostu…bardzo nijakie.

Utwór 4

The Best of Times. Delikatny fortepianowy wstęp, skrzypce, ewoluujący w gitarowy pasaż zagrany na „akustyku”. Smutek, żal, ale czy były to lata stracone? Hollow Years? Nie – przecież to dzięki niemu dostałem pierwszą perkusję, zafascynowałem się muzyką i zacząłem grać. Ojciec. Utwór to przecież bardzo osobisty – poświęcony zmarłemu w tym roku na raka ojcu Mike’a Portnoya. O tym, że ta magia jest gdzieś? O tym, że dziękuje. Magia radia? Po tym akustycznym wstępie muzycy Dream Theater kłaniają się w pas kanadyjskiemu trio. Tak – druga część utworu to przecież Spirit of The Radio. Prawie identyczna jak u Rush lejąca się, świdrująca gitarowa solówka, tekst jakiś taki podobny, że o układzie riffów, czy typowych podziałach rytmicznych nie wspomnę. (Nie)zamierzona inspiracja, czy też plagiat? Posłuchajcie sami. Po tym rushowym wtręcie znów delikatne, akustyczne brzmienie i jeszcze bardziej delikatny, wręcz odrealniony śpiew Jamesa LaBrie oraz chyba najpiękniejsza z solówek gitarowych autorstwa Johna Petrucciego. Czasy ekscytowania się niuansami i technicznymi aspektami gry na gitarze mam już dawno za sobą, zatem solo nie powaliło mnie pod względem szybkości gry. Nie biegłość techniczna jest w tym przypadku najważniejsza. Nie neoklasyczne gitarowe granie w stylu Malmsteena, czy innego gitarowego „szybkobiegacza”. Po prostu emocje, ból, żal. Zaszarpało sercem, poruszyło zmysły - ale nie na ten „kiczowaty” sposób. Miało zaboleć i zabolało. Kaskada dźwięków płynie, jak strumień łez po policzkach. Egzaltacja? Nie sądzę - w tym wypadku muzyka poruszyła czułą strunę moich emocji. Mogę śmiało postawić tezę, że ostatnie 5 minut utworu jest jednym z lepszych w całym dorobku Dream Theater. I niestety to jeden z niewielu momentów na płycie, które mogą poruszyć.

Utwór 5

Najwięcej zastrzeżeń mam do Shattered Fortress. Zamieszczenie utworu będącego podsumowaniem 12 kroków wychodzenia z alkoholizmu jest (przynajmniej dla mnie) lekkim/sporym nadużyciem. Owszem – cieszę się, że Mike Portnoy przy wsparciu bliskich, fanów, grupy AA iw spadkobierców Billa W. walczy ze swoim uzależnieniem alkoholowym, ale…

Swego czasu Mike miał pomysł, by całą „alkoholową sagę” umieścić na odrębnym, srebrnym krążku (całość liczyłaby 57 minut, 16 sekund). Jak słychać, perkusista nie przekonał kolegów z zespołu do tego pomysłu, zamiast tego mamy rozwiązanie iście salomonowe w postaci: Shattered Fortress. Tytuł utworu pochodzi z 2 wersów utworu Glass Prison (pierwotnie na Six Degrees of Inner Turbulence): A shattered glass prison wall behind me oraz A long lost fortress. Cóż…nie jestem przekonana o celowości publikacji tego utworu. Po prostu jest zbędny. Cytaty z Repentance, This Dying Soul, Panic Attack, czy coda w postaci cytatu z Glass Prison mogą irytować. Niby historia zatoczyła koło, ale zamiast empatii do Mike’a czuję niechęć. Jako „składak” ze wszystkich „12 kroków”, Shattered Fortress może sprawdzić się w samochodzie, ale to chyba jedyna zaleta tego „utworu”. Mnie nie przekonał. Czyżby zespołowi zaczął doskwierać brak pomysłów, opisywana w Wither "blokada twórcza" (writer's block) i stąd to „łatanie” dziur? Ech – przecież już pisałam, że nie wymagam „nowinek”. Cóż z tego, że znów bryluje LaBrie, skoro całość jest po prostu niestrawna?

Utwór 6

The Count of Tuscany Hrabia z Toskanii. Cóż za tytuł. Cóż za utwór. Pełen paradoksów. Niespójny, nierówny. Początek charakterystyczny dla Rush. Słuchać, że Nowojorczycy „siedzą w kieszeni” Geddy’emu i spółce. Pierwsza część blisko 20-minutowej suity to popis gry całego zespołu, wirtuozeria i techniczne mistrzostwo świata. Znamy to, prawda? A przecież kochamy utwory, które dobrze znamy. W części „mniej” rushowej to już klasyczne Dream Theater. Typowe zagrywki, mieszanie metrum i zauważalne reminiscencje z Images and Words (czyżby analogia do Under The Glass Moon?) oraz…Leonardo.The Absolute Man (na którym to albumie tak fantastycznie zaśpiewał LaBrie, chociażby w takim Rein of Tuscan). Hm….słyszane po raz setny mogą nużyć. Muzyczny banał i woda na młyn dla adwersarzy zespołu. Refren też bezbarwny. Utwór nie wyróżniałby się z tysiąca takowych gdyby nie…jego druga część. Odrealnione, niemalże ambientowe klawisze Jordana Rudessa, akustyczna gitara i rozwijający się w rytmie bolera gitarowy motyw. Narastający, aż do kulminacji. Końcówka utworu fantastyczna, może nieco patetyczna – ale nie potrafię sobie wyobrazić Dream Theater bez tej odrobiny muzycznego patosu. A później już tylko odgłosy natury. Śpiew ptaków, rechot żab. Toskania.

Koniec.

Cóż, daleko BC & SL do najlepszych dzieł Dream Theater. Nie, nie odczekiwałam w przypadku tego zespołu cudów - nie mniej rozczarowanie (przynajmniej dla mnie) jest spore. Otrzymaliśmy starannie wyprodukowany produkt spod progmetalowej sztancy – będący bladym odbiciem dawnych dokonań . Jest na tym albumie kilka momentów bardzo dobrych. Niestety to tylko chwile, maleńkie smakowitości w rozwodnionej, mdłej muzycznej zupie bez przypraw. Album jest co najwyżej przeciętny. Gdyby to był debiut zespołu znikąd, oceniłabym go na dostateczny minus…i życzyłabym szczęścia.

Ponoć Mike Portnoy posiada jako jeden z niewielu, dar dotyku Midasa. Mawiają, że to, czego dotknie zamienia się w muzyczne, progresywne złoto. Tym razem zamiast klejnotu ze szlachetnego kruszcu zwinne palce muzyków wyprodukowały sztampowy, tombakowy, odpustowy pierścionek. Analogia do „upiornej fabryczki papy Kossaka”, w przypadku najnowszego dokonania Teatru Marzeń jest (moim zdaniem) prawdziwa. Może warto trochę zwolnić tempo pracy? I zdobyć się na refleksję, co dalej? Chociaż...przecież najfajniejsze i najlepsze utwory to te, które znamy.

PS. Album ukaże się 23 czerwca w kilku formatach. Wersja standard, zawiera opisane przeze mnie utwory. Dla chętnych jest jeszcze edycja specjalna, na której oprócz zawartości podstawowej umieszczono wersje instrumentalne utworów oraz 6 coverów. Dla najbardziej zatwardziałych i majętnych fanów zespół przygotował wersję kolekcjonerską (wersja specjalna rozszerzona o DVD, podkładkę pod myszkę, litografię okładki, etui na bilet, podwójny album winylowy).

Dream Theater: Black Clouds & Silver Lining
Roadrunner 2009

Tagi: dream theater

Dodaj komentarz

Aby dodać komentarz musisz się zalogować.

Jeżeli nie jesteś zarejestrowany w serwisie, możesz zrobić to tutaj.

Komentarze

  • Brak zdjęcia
    Violetta N.
    Napisał
    Słuchanie to już sobie chyba daruję :-) Wystarczająco ekscytująca była recenzja :-)
    02.06.2009 18:05
  • Brak zdjęcia
    piotr l.
    Napisał
    Witam

    Po przesłuchaniu singla miałem jeszcze nadzieję, niestety przesłuchałem całość (tragiczny błąd, kara... wiemy za co) i jestem po prostu zdruzgotany, ta płyta to jakiś koszmar, jestem totalnie dobity dokąd ci panowie doszli, przy tej produkcji "systematic chaos" to płyta niemal doskonała, ostatnio wróciłem do korzeni, IAW, AWAKE, SFAM, dlatego tym bardziej boli to czego przyjdzie mi słuchać, gdyż płytę na pewno kupię.

    Recenzja doskonała, całkowicie w 100% popieram wnioski autorki, pozdrawiam
    09.06.2009 21:46
  • Zdjęcie
    Dawid Brykalski
    dziennikarz/współpracownik, Machina
    Napisał:
    kompletnie się z tym textem nie zgadzam. CAŁKOWICIE.
    23.06.2009 02:11
  • Brak zdjęcia
    Agnieszka L.
    Napisał
    ależ ja się nie obrażam, że się Pan ze mną nie zgadza. Ba - nawet się z tego cieszę.To piękne, że każdy ma inne zdanie. Chociażby Michał Kapuściarz w swojej recenzji. http://muzyka.onet.pl/0,86299,0,recenzje.html
    23.06.2009 07:15
  • Brak zdjęcia
    piotr l.
    Napisał
    Cóż myślę że autorka tekstu po prostu nie zakupiła jeszcze wersji 3CD Deluxe Edition, a warto np.na krążku nr3 nie słychać zupełnie portnoya, zwłaszcza growlującego a to wartość moim zdaniem bezcenna, poza tym na krążku nr2 jest kilka znakomitych coverów i choćby z tego powodu warto wydać prawie 1000PLN za ten boxik, myslę że to jest kierunek na przyszłość dla zespołu, żadnych nowych płyt, tylko covery, jest jeszcze jeden powód dla którego warto wydać kasę, jesteśmy świadkami tworzenia się nowego, bardzo obiecującego kierunku w muzyce rockowej - autoplagiatu, ten kierunek zwlaszcza w wykonaniu DT ma wielką przyszłość.
    23.06.2009 10:23
  • Brak zdjęcia
    Agnieszka L.
    Napisał
    Covery słyszała i podobają się jej (za wyjątkiem coveru Iron Maiden). Płyta z instrumentalami, cóż ....
    23.06.2009 11:53
  • Brak zdjęcia
    piotr l.
    Napisał
    "Płyta z instrumentalami, cóż .... " jasne, wiadomo o co chodzi, żartując próbuję jakoś osłodzić sobie gorycz porażki, ale rany palą głęboko i nie chcą się zagoić, coś podobnego przeżyłem w tamtym roku kupując "chaos in motion' oczywiście super limited colectors deluxe itd. itd. editions z czego słucham w zasadzie tylko ministerstwa, cóż znowu dałem się nabrać, ale jest sukces dziś w całości zmęczyłem w pracy nowe dzieło, nie było latwo.

    oczwiście mialo być 100 a nie 1000PLN.
    23.06.2009 13:32
  • Brak zdjęcia
    Agnieszka L.
    Napisał
    płytka z coverami bardzo solidna i po prostu fajna :) może napiszę kilka słów o tym jakże sympatycznym dodatku do zawartości głównej. "Serek" świetny w coverze Queen - Tenement Funster/Flick Of The Wrist/ Lily Of The Valley (szacunek za wybór :). Miażdżąca wersja Larks Tongues In Aspic, Pt. 2.
    30.06.2009 16:59
  • Brak zdjęcia
    piotr l.
    Napisał
    Covery faktycznie, fajnie się słucha, mi szczególnie wpadł w ucho "odyssey", ale ostatnio mało słucham tej płyty, skasowałem ją w odtwarzaczu i chyba szybko do niej nie wrócę, chociaż "the count of tuscany' całkiem całkiem ale to chyba nie na tę płytę, póki co wróciłem do "train of thought".
    01.07.2009 05:59